Wykonawcy terroru » Gestapo i donosiciele, jak działał aparat terroru
We wszystkich dyktaturach istnieją albo istniały organy policyjne stworzone do ochrony dyktatorskiego systemu. Nie inaczej było w przypadku III Rzeszy i okrytego złą sławą Gestapo. Wokół tej organizacji narosło wiele, czasem absurdalnych, legend. Warto uporządkować fakty i oddzielić to, co prawdziwe, od tego, co jest tylko mitem.

Mit pierwszy, wielka organizacja

Gestapo powstało po przejęciu władzy przez nazistów w 1933 roku, początkowo jako tajna policja polityczna Prus, utworzona z inicjatywy Hermanna Göringa, który był premierem tego kraju związkowego. Z czasem zostało rozbudowane, podporządkowane Himmlerowi i włączone do szerzej rozumianego aparatu bezpieczeństwa, obejmującego również policję kryminalną i służby wywiadowcze SS.

W zbiorowej wyobraźni Gestapo funkcjonuje jako wszechobecna, ogromna organizacja, która miała swoich ludzi dosłownie wszędzie. W rzeczywistości była stosunkowo niewielką instytucją, zwłaszcza jeśli porówna się liczbę funkcjonariuszy z liczbą mieszkańców. W całych Niemczech i na terenach wcielonych do Rzeszy liczba pracowników Gestapo sięgała kilkudziesięciu tysięcy, a w poszczególnych miastach często działały tylko kilkunasto albo kilkudziesięcioosobowe zespoły. W wielu powiatach nie było żadnego stałego urzędnika Gestapo, a zadania związane z „bezpieczeństwem politycznym” wykonywała zwykła policja przy współpracy z lokalnymi informatorami.

To właśnie system donosów sprawiał, że Gestapo wydawało się wszechwiedzące. Ogromna część spraw zaczynała się od zgłoszenia sąsiada, współpracownika albo krewnego. Niekiedy chodziło o rzeczywiście opozycyjną działalność, lecz bardzo często o drobne konflikty, zazdrość, spory majątkowe czy rodzinne. Funkcjonariusze byli przeciążeni ilością donosów i musieli wybierać, którymi sprawami w ogóle się zajmą. Groza Gestapo w dużej mierze polegała więc na połączeniu stosunkowo niewielkiej, ale brutalnej struktury z gotowością wielu zwykłych ludzi do współpracy i wskazywania „wrogów”. Pierwszy mit, dotyczący rzekomo olbrzymiej, szczelnej organizacji, w zderzeniu z liczbami zdecydowanie pęka, choć terror był jak najbardziej realny.

Mit drugi, czarny płaszcz i niezmienny wizerunek

Kino, seriale i komiksy utrwaliły jeden charakterystyczny obraz gestapowca, człowieka w czarnym płaszczu, kapeluszu i cywilnym ubraniu, jak choćby w serialu „Allo, Allo”. Taki wizerunek częściowo opiera się na faktach, lecz tylko częściowo. Rzeczywistość była bardziej zróżnicowana.

Gestapowcy działający w Niemczech i na terenach okupowanych często nosili cywilne ubrania, co ułatwiało im obserwację i pracę operacyjną. Jednocześnie w wielu sytuacjach występowali w mundurach. Funkcjonariusze przydzieleni do straży granicznej używali mundurów tej formacji, z charakterystycznymi zielonymi elementami i opaskami na ramionach. Na frontach, tam gdzie Gestapo towarzyszyło wojskom lądowym, spotykało się ich w mundurach Wehrmachtu albo Waffen SS, zależnie od przydziału.

Na terenach okupowanej Francji gestapowcy często nosili czarne mundury SS, czasem z dodatkowymi oznaczeniami jednostek odpowiedzialnych za ściganie przeciwników politycznych. W nieokupowanej części Francji, w Państwie Vichy, niemieccy funkcjonariusze służb bezpieczeństwa przez długi czas musieli poruszać się po cywilnemu, aby formalnie nie naruszać suwerenności francuskiego sojusznika. Dopiero pełne zajęcie tej strefy przez Wehrmacht zmieniło sytuację i umundurowanych gestapowców było widać częściej.

Czarny płaszcz, kapelusz i nieodłączna teczka są więc przede wszystkim skrótem plastycznym, który dobrze działa w filmie, lecz nie oddaje całego zróżnicowania stroju i ról pełnionych przez funkcjonariuszy Gestapo.

Zmiany na frontach wojny, ucieczka i zacieranie śladów

Kiedy sytuacja militarna III Rzeszy zaczęła się pogarszać, a wojska alianckie zbliżały się do granic Niemiec, w aparacie bezpieczeństwa nastąpiła gwałtowna zmiana nastrojów. Gestapowcy, którzy przez lata czuli się bezkarni, coraz mocniej odczuwali strach przed odpowiedzialnością.

Zaczęło się pozbywanie znaków przynależności do SS, w tym tatuaży z grupą krwi, które miały w zamyśle zapewniać lepszą opiekę medyczną w razie ran. W końcowej fazie wojny tatuaże stały się raczej dowodem obciążającym niż zaszczytem. Mundury ustępowały miejsca ubraniom cywilnym albo odzieży zrabowanej więźniom z obozów koncentracyjnych, co miało utrudnić identyfikację.

Równocześnie na masową skalę niszczono dokumenty. W wielu miastach archiwa Gestapo były palone albo wysadzane, aby uniemożliwić późniejsze śledztwa. Znane są jednak przypadki, w których lokalne społeczności nie dopuściły do zniszczenia akt. Tam, gdzie dokumentacja przetrwała, okazało się, że niewielka liczbowo grupa funkcjonariuszy mogła kontrolować setki tysięcy mieszkańców przede wszystkim dzięki rozbudowanej sieci donosicieli. W jednym z dużych niemieckich miast za „bezpieczeństwo polityczne” odpowiadało niespełna kilkudziesięciu funkcjonariuszy wspieranych przez kilkuset stałych informatorów. To wystarczyło, aby przez lata trzymać całe miasto w strachu.

Mit trzeci, sprawiedliwość po wojnie

Po wojnie Gestapo zostało oficjalnie uznane za organizację przestępczą przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze. Wydawać by się mogło, że oznacza to jednoznaczne potępienie i wykluczenie wszystkich dawnych gestapowców z życia publicznego. Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej skomplikowana.

Część funkcjonariuszy stanęła przed sądami i została skazana, często na wysokie kary, w tym na karę śmierci. Bardzo wielu uniknęło jednak poważniejszej odpowiedzialności. Jedni zniknęli w powojennym chaosie, inni skorzystali z fałszywych dokumentów i sieci przerzutowych, które prowadziły do Ameryki Południowej albo na Bliski Wschód. Jeszcze inni zostali uznani przez aliantów za „przydatnych specjalistów”.

W Niemczech Zachodnich liczni dawni funkcjonariusze Gestapo i innych służb bezpieczeństwa znaleźli zatrudnienie w nowych strukturach, szczególnie w wywiadzie tworzonym wokół organizacji Reinharda Gehlena, a później w służbach specjalnych i policji. Doświadczenie w walce z komunizmem okazało się ważniejsze niż przeszłość w nazistowskim aparacie terroru. Przykładem takiej powojennej kariery jest Werner Best, niegdyś kluczowy prawnik i wysoki funkcjonariusz Gestapo, który po odsiedzeniu części kary i zapłaceniu grzywny pracował jako doradca w przemyśle i angażował się politycznie, domagając się amnestii dla sprawców z czasów III Rzeszy.

Również w bloku wschodnim nie brakowało ciągłości personalnej. W strukturach bezpieczeństwa NRD pojawiali się dawni funkcjonariusze nazistowskich służb, choć władze oficjalnie podkreślały antyfaszystowski charakter państwa. Z kolei w wielu prawicowych dyktaturach, zwłaszcza w Ameryce Południowej, byli gestapowcy i funkcjonariusze SS pomagali organizować tajne służby, szkolili kadry i przekazywali doświadczenia w zakresie represji, przesłuchań i zwalczania opozycji.

Drogi części z nich prowadziły także na Bliski Wschód. Dobitnym przykładem jest Alois Brunner, jeden z najbliższych współpracowników Adolfa Eichmanna, odpowiedzialny za deportację dziesiątek tysięcy Żydów z różnych krajów Europy. Po wojnie znalazł schronienie w Syrii, gdzie przez lata miał szkolić tamtejsze służby bezpieczeństwa. Przez dziesięciolecia uchodził za jednego z ostatnich wielkich zbrodniarzy nazistowskich na wolności. Dziś wiemy, że już nie żyje, najprawdopodobniej zmarł na początku dwudziestego pierwszego wieku w Damaszku, nigdy nie stając przed sądem.

We francuskiej Legii Cudzoziemskiej po II wojnie światowej znalazło się wielu dawnych członków SS i aparatu policyjnego III Rzeszy, w tym ludzi związanych z Gestapo. Deklarowali, że „nie mają ojczyzny” i chcą walczyć dalej, często w koloniach, na przykład w Indochinach. Ich doświadczenie z okupowanej Europy wykorzystywano w nowych wojnach, co jest jednym z mniej znanych, a bardzo mrocznych epizodów historii dwudziestego wieku.

Jak więc widać, Gestapo, organizacja siejąca terror, oraz jej ludzie nie zniknęli z dnia na dzień z powojennego świata. Część z nich została ukarana, wielu jednak potrafiło odnaleźć się w nowych realiach i zaoferować swoje „umiejętności” kolejnym reżimom i służbom specjalnym. To ważne przypomnienie, że upadek dyktatury nie oznacza automatycznego końca ludzi, którzy ją tworzyli.
NOWOŚCI WYDAWNICZE
TAJEMNICE NIEMIECKICH OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH
TWIERDZA ZROSZONA KRWIĄ
DLA PARTNERÓW
Copyright © 2006-2026 Vaterland.pl